Comenius to fantastyczny program unijny, dzięki któremu można zwiedzić Europę i poznać nowych ludzi oraz smak przygody. Nasza zaczęła sie na lotnisku  w Krakowie wczesnym rankiem 27 marca. I choć nasz przewoźnik zastrajkował, udało nam się dolecieć szczęśliwie do Monachium, gdzie po kilku godzinach :))
wsiedliśmy do kolejnego samolotu , na którego skrzydłach dostaliśmy się do Neapolu. Tam czekali na nas włoscy przyjaciele, pani Ornella, nauczycielka ze szkoły w Potenza, która była gospodarzem tego etapu Comeniusa. Po nocy obudził nas poranek w niezbyt słonecznej aurze. Program pobytu był jednak tak skonstruowany, ze nie mieliśmy czasu na narzekanie na pogodę.
    Potenza, stolica Basilicaty, leży na wysokości 819 m n.p.m. co czyni ją najwyżej położoną stolicą regionu włoskiego. To  70 tysięczne,  górskie miasto, którego historia sięga  IV wieku przed naszą erą. Najpierw udaliśmy się krętymi i stromymi uliczkami do Liceum Leonarda Da Vinci, gzie uczą się i pracują nasi gospodarze, a po krótkim przywitaniu udaliśmy się do  miasta , w celu zwiedzenia Centrum Archeologicznego imienia Dinu Adamesteanu, rumuńskiego archeologa-pasjonata historii.   Tam naprawdę "mówią wieki".   W drugim dniu pobytu na pięknej, włoskiej ziemi pojechaliśmy w stronę Salerno, a po drodze wstąpiliśmy do Pompei. Przywitało nas słońce, ciepło i palmy oraz strzeliste cyprysy. Nasza przewodniczka opowiedziała historię miasta, które w 79 roku  przed naszą erą przeżyło kataklizm, który na zawsze pogrzebał marzenia o potędze. Pośród wąskich, kamiennych uliczek można było odczuć wiatr historii. Popołudnie spędziliśmy zwiedzając portowe Salerno i tam mieliśmy krótką chwilę na zakup pamiątek. Sprzedawcy w sklepach są niezwykle komunikatywni, a właściciele małych, urokliwych knajpek zawsze witają gości szerokim, szczerym uśmiechem.
Wróciliśmy zmęczeni, ale bogatsi w niezwykle wrażenia.  więcej
    Nazajutrz , w niedzielny poranek zmierzaliśmy do Matery. Tam w wysokim, górskim miasteczku doświadczyliśmy architektonicznego zachwytu, w dole, za murami miasta "wyrosło" miasteczko z kamienia. Sassi to zabytek umieszczony na liście największych osobliwości, objęte patronatem UNESCO. Niektóre domostwa są zamieszkane do dziś. Spacer po Sassi przypomina chodzenie we śnie, wąskie , kamienne schodki, widać dachy poniżej stóp, zaraz potem jakiś placyk, przepaście, w które "wrośnięte" są kolejne domy, mury i kościoły. A wszystko oblane świetlistym błękitem nieba. Niezwykłe, nie do opisania! To prawdziwy cud architektoniczny. Dodam jeszcze, że miasto powstało w IV wieku przed naszą erą i początkowo było kolonią grecką. Ciekawostką jest to, że Mel Gibson nakręcił tam wiele scen do swojego filmu o męce Chrystusa pt. "Pasja", Sassi doskonale "udawało" Jerozolimę.
    Jeszcze nie zdążyliśmy dobrze ochłonąć z wrażeń po wizycie w Sassi, kiedy po fantastycznym obiedzie w Materze udaliśmy się do Miglionico, gdzie zwiedzaliśmy kolejny zamek. Atrakcją był wykład multimedialny oraz spotkanie z kustoszem. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do kościoła Santa Maria Maggiore.  Wraz z ostatnimi promieniami słońca dotarliśmy do hotelu.
    I tak nastał dzień piąty. Poniedziałkowy poranek i wczesne popołudnie spędziliśmy w szkole naszych gospodarzy. Rozmawialiśmy o naszych projektach, młodzież zaprezentowała swoje prace comeniusowe.  Kiedy już myśleliśmy, że wszystko, co najpiękniejsze już zobaczyliśmy, nasi gospodarze zawieźli nas do Pietrapertoza i Castelmezzano. Dwóch górskich miasteczek, gdzie życie toczy się w chmurach, pośród dachów, krętych uliczek, tajemniczych znaków Templariuszy i starych knajpek, z których wydobywał się zapach pieczonego chleba i mocnej, włoskiej kawy. Naszym przewodnikiem po tek niezwykłej miejscowości był Nimo. Pisarz, który urodził się i wychował w Pietrapertoza. Charyzmatyczny człowiek, obdarzony niezwykłą fantazją, opisał historię zasłyszana w dzieciństwie, przepiękną opowieść o niezwykłej miłości kobiety, która tak jak jej matka i siostry była czarownicą. Pokochała śmiertelnika i jak to w baśniach bywa, zapłaciła za to straszną cenę. Wędrując doliną, gdzie postawiono 7 kamieni symbolizujących kolejne przemiany czarownic, doświadczyliśmy niezwykłych wrażeń. Do tego zapach mięty, tymianku i wszędobylskiego rozmarynu. Uczta dla zmysłów. Żal było odjeżdżać. Oczywiście wszędzie wjeżdżaliśmy autokarem. Kierowca prowadził tak, jakby metr od samochodu WCALE nie było kilkusetmetrowej przepaści. Brrrr, jeszcze teraz mam gęsią skórę na samo wspomnienie tej jazdy. I dzień ostatni. Zwiedzaliśmy Lagopesole i Melfi. Zaraz potem Venosa, z ruinami starego amfiteatru, gdzie zmagali się gladiatorzy i degustacja wina. Wieczorem pożegnalne party. Było gorąco!:) I choć był to pierwszy kwietnia, okazało się, ze Lufthansa znowu wystawiła nas do wiatru. A jednak z pomocą Boska i Air France, dotarliśmy do Warszawy, skąd pojechaliśmy do Pilicy. Bo przecież wszystkie drogi prowadzą do....domu.